Zajrzałem niedawno do opasłej teczki, skrywającej całą masę przykurzonych negatywów. Zachowały się niej i te z moich „amerykańskich lat”, z czasów, gdy prawie wszystko w fotografii było jeszcze analogowe. Już nieco „pokruszone” uświadomiły mi, że czas najwyższy zacząć wielkie skanowanie, bo za kilka następnych lat niewiele zostanie z tej niepowtarzalnej pamiątki minionych lat… Wśród nich dobrze zachowały się negatywy z jednej z wypraw do Kalifornii, podczas której natknąłem się na osadę Bodie. Posłuchajcie…

Lake View Lodge w Lee Vinning to wyborne miejsce do odpoczynku po kilkugodzinnej jeździe z Las Vegas. Bajecznie pyszna kanapka ze stekiem i serem oraz szklanka zimnej jak lód Coca-Coli robią swoje: odświeżają i dodają energii. Lee Vinning to spokojne miasteczko położone na pograniczu Newady i Kalifornii, nieopodal gór Sierra Nevada. Znane jest głównie z atrakcji turystycznej, jaką jest Mono Lake – wysoko alkaliczne, słone jezioro, którego wiek oceniany jest na około 760.000 lat. Kiedy następnego dnia zbieram się do dalszej podróży, słyszę od recepcjonisty: nie zapomnij o duchach Bodie. Raptem godzina jazdy stąd – dodaje. To jak być w Rzymie i nie zobaczyć papieża, myślę sobie. Tankuję do pełna, bo stacje benzynowe należą tutaj do rzadkości i ruszam do odległego o kilkadziesiąt mil tajemniczego Bodie…  

W Bodie panuje cisza, przerywana tylko szeptem wiatru i odgłosami dzikiego ptactwa. Są domy, sklepy, bary i kościół a nawet stacja benzynowa i tartak. Nie ma tylko ludzi…

W latach 80-tych XIX wieku, kiedy miasteczko przeżywało oblężenie związane z gorączką złota, mieszkało tu ponad 10.000 osób. Jednak do dziś na terenie Bodie State Historic Park zachowało się jedynie nieco ponad 5% budowli z tamtych czasów. Był rok 1859, gdy William Bodey znalazł w pobliskich górach złoto. To od jego nazwiska pochodzi nazwa osady. Zmianę pisowni miejsce zawdzięcza… analfabecie, któremu zlecono wykonanie drogowskazu do miasteczka. Ten pomylił się i przekręcona nazwa Bodie zapisała się na stałe w historii Dzikiego Zachodu. Poza poszukiwaczami złota, miasteczko stanowiło azyl dla morderców i złodziei. Ludzie ginęli w Bodie często, zaś rabunki, porwania i uliczne strzelaniny należały do szarej codzienności. Rozrywkę zapewniało mieszkańcom aż 65 barów, przepełnionych pijakami i kobietami trudniącymi się nierządem. „Żegnaj Boże, jadę do Bodie” – ten cytat z pamiętnika małej dziewczynki, która wraz z rodzicami osiedliła się tutaj, stał się znany na całym Dzikim Zachodzie…

W szczytowym okresie gorączki złota działało tu ponad 30 kopalń. Górnicy zarabiali od 2 do 4 dolarów dziennie. Gdy gorączka opadła, Bodie zaczęło się stopniowo wyludniać. Opustoszało niemal całkowicie w połowie lat 30-tych XX wieku. Do dnia dzisiejszego istnieje tu dom rodziny Dolan, którzy dali okręgowi Mono dwóch szeryfów. Zachował się Kościół Metodystów, zbudowany w roku 1882. Stoi tez dom rodziny Metzgerów, którym urodziło się w Bodie dwoje spośród siedmiorga dzieci. Jest rezydencja Johna Caina, który na wydobyciu złota zarobił blisko 90 tysięcy dolarów w ciągu niespełna trzech miesięcy, stacja benzynowa oraz tartak, który zaopatrywał całą osadę w drewno opałowe. A trzeba go było wiele, bo w zimowe miesiące temperatura spadała tutaj do minus 40 stopni Celsjusza, zaś wiatr potrafił wiać z prędkością 120 kilometrów na godzinę. Dziś Bodie jest niemym świadkiem historii tysięcy ludzi, którzy dotarli tutaj w poszukiwaniu lepszego życia. Niewielu się poszczęściło, wielu znalazło tutaj śmierć inni zaś opuścili miasteczko grzebiąc w nim bezpowrotnie swoje marzenia i nadzieje…

Przewiń do góry